Gorąco, sennie i złośliwie…

… czyli lato w pełni. Iście chorwackie temperatury zmusiły mnie do przeorganizowania rozkładu dnia, aby wszelką utratę wody przez mój organizm ograniczyć do minimum. Ku niezadowoleniu zaspanej Reveli spacerujemy we wczesnych godzinach rannych ale i tak wracam mokrusieńka i Rev również (chociaż psy się nie pocą), bo z rozbryzgiem zalicza po drodze wszystkie leśne, mniej lub bardziej okresowe, zbiorniki wodne typu kałuża.

Na blogach zacichło. Sis ledwo wróciła, już wyjechała, a Gebe nie wrzucił zdjęć z Gżegżółek. GodTuw przynudza, a jak już  napisze coś ciekawszego, to jawnie olewa polskich stałych czytelników bloga każąc im przenieść się  na stronę angielskojęzyczną, “aby przeczytać więcej”. Polska język, trudna język… O ile nie mam problemów ze śledzeniem pasjonujących przygód Melisy i informatyka geja (choć bardziej interesowałyby mnie niusy z życia uroczej pani sprzątaczki), o tyle posta “Cloud Computing…” w języku angielskim bez słownika nie przeczytam. Trzeba było kończyć szkołę w UK i uczyć się języków, głąby, tak? …

Za to na fejsbuku wrze. Kiedy ci ludzie pracują, skoro co chwilę kogoś lub coś lubią, coś komentują, wrzucają linki, zdjęcia i dzielą się własnymi przemyśleniami typu “gorąco dzisiaj, spociłem się jak świnia”? Oczywiście drugi człon wypowiedzi tylko w domyśle, bo:
a) Na fejsbuku nikt się nie poci, a jak się poci, to tylko wąskim paskiem od połowy klatki piersiowej do pępka, ewentualnie jeszcze podobnie na plecach. I to tylko na siłowni, lub podczas joggingu. Pod pachami się nie pocimy, absolutnie, to nie jest cool.
b) Mamy na fejsbuku takich ludzi na liście znajomych, którzy niekoniecznie muszą wiedzieć, że właśnie cieknie nam po plecach.
Ot, uroki portali społecznościowych.

Termometr wybił 32°C. Byle do jesieni…

Śnieżne Kotły “od dołu”

Mordercza 5-cio godzinna i mało lanserska trasa. Mało lanserska, bo chyba niezbyt popularna więc i pokazać swojego nowiutkiego full-wypas outfitu i okularów z filtrem polaryzacyjnym, oraz najnowszego modelu Nikona z lufą jak teleskop Hubble’a nie ma komu. Na dodatek szlak wiedzie przez las, a jak nie przez las to po kamieniach, albo jedno i drugie jednocześnie. Całe szczęście w połowie drogi jest mało przytulnie położone schronisko, które miało jednak dwie zalety: panią zza baru (jednak zdarza się, że w schroniskach pracują mili ludzie) i oczywiście piwo. Niestety każde schronisko górskie ma też jedna zasadniczą wadę, a mianowicie taką, że nikomu nie odmawia się wstępu, w tym również głupim pipom. Takowa właśnie swoim gadaniem zepsuła mi radość z degustacji drugiego piwa w drodze powrotnej. A co może być gorszego, ja się pytam, od zepsucia komuś fazy podczas picia piwa??






W Karkonoskim Parku Narodowym spotkaliśmy Pingwina Szarego Karkonoskiego, oraz kilka odmian Wilków Karkonoskich w tym jednego Wilka Karkonoskiego Białego, a także Królika Górskiego Szablozębnego (ale tego ostatniego tylko ja widziałam i to po jednym browarze), a Śnieżne Kotły zdecydowanie wolę oglądać z góry.

Welcome to the Real World

Wzorem radnych z Włocławka, dołączając do akcji zapobiegania wykluczeniu cyfrowemu (tak, tak, nieistnienie w sieci ma już swoją oficjalną nazwę, jak usłyszałam w najbardziej opiniotwórczym polskim radiu “Trójka”), kilka dni temu debiutowałam na fejsbuku. Efekt? Śmieci wyłażą z kosza, w lodówce światło, koty radośnie biegają po podłodze, burczy mi w brzuchu, a Rev patrzy na mnie z wyrzutem. Co tam. Niech żyje lans.

bez tytułu

Z okazji premiery CodeTwo na facebook.com, przy okazji której swoją premierę miało jeszcze kilka innych fikcyjnych kont, zajrzałam tam i ja. Zajrzałam i spadłam z krzesła ze zdziwienia.

Ja tu sobie żyję w błogiej nieświadomości, dzieląc czas pomiędzy spacery z psem, wybieranie farb szarszych od szarości, ale niezbyt szarych, cmentarz, picie piwa i palenie fajek, nieświadomości, że w sieci toczy się REAL LIFE. Poczułam, że coś mnie omija, ale analizując pod prysznicem moje poczucie nieistnienia, doszłam do wniosku, że przegapiłam coś dużo, dużo wcześniej.

Nie wiem kiedy w człowieku rozwija się potrzeba autopromocji, ale u mnie ten proces był chyba mocno zaburzony. I tak, pomijając wiek przedszkolny, szkolny i czasy liceum (choć już wtedy pamiętam u mnie potrzebę antylansu)  na studiach wytrwale dążyłam do obalenia stereotypu studenta ASP i ASP jako elitarnej uczelni. A mogło być inaczej…

Mogłam utrzymywać, jak zdecydowana większość studentów, że zajęcia ciężkie i trudne, wykładowcy wymagający, geometria wykreślna nie do okiełznania, historia sztuki nie do wkucia, każdy dzień na uczelni, to dzień ciężkiej fizycznej pracy (a cały dzień stania przy sztaludze?, a cały dzień przy szlifierce?) i wytężonego wysiłku umysłowego. Mogłam nie mówić głośno, że te studia to była czysta przyjemność (a zwłaszcza geometria wykreślna), a większość projektów i prac powstawało 2 tygodnie przed sesją, że na zajęcia chodziło się głównie w celach towarzysko-rozrywkowych, bo wykładowcy fajni i luźni i nie głupi, to i posłuchać było miło. Mogłam nie przyznawać się, że obraz, który zdobył uznanie profesora, jako przemyślany, dobrze zaplanowany, z wypracowanym ujęciem światła i cienia oraz harmonijnym ujęciem palety barw, powstał w wyniku frustracji i znudzenia, a głównie z braku czasu (bo sesja już jutro, a ja cały tydzień piłam na juwenaliach). Moje studia zyskałyby na wartości, ale mi jakoś nie podobały się achy i ochy rodziny oraz osób niewtajemniczonych, że Dorotka na ASP studiuje, jakbym z samego faktu studiowania na ASP, zasługiwała na szacun większy niż kuzynka, która skończyła handlówkę bez matury. Ale może wtedy nie musiałabym pracować na piratach programów przez lat kilka, podczas gdy absolwenci innych uczelni artystycznych, bardziej elitarnych niż spalone przeze mnie samą Wrocławskie ASP, bo zagranicznych, zaopatrywani są w cały pakiet programów, bez wzmianki, że może by tak tylko Photoshopa kupić, a do grafiki wektorowej to świetnie się 5 razy tańszy Corel nadaje.

W ten właśnie zgodny z moimi przekonaniami i filozofią życia sposób strzeliłam sobie w stopę.

Wracając do akapitu pierwszego. Spadłam z krzesła ze zdziwienia, bo wszystkich, którzy zgodnie z podobnymi do moich przekonaniami (widocznie tylko mi się zdawało, że mamy podobne przekonania), grubym kożuchem odcięli się od najpopularniejszego polskiego portalu społecznościowego, znalazłam na facebooku. Więc jednak lans, lans i jeszcze raz lans. Cóż, w dzisiejszym świecie seksu i biznesu należy się promować wszystkimi możliwymi kanałami, bo jak cię Google nie zindeksuje to cię nie ma!

Jak tylko zrobię zdjęcie złotego kibla, zakładam konto na fecebooku, a moje przekonania i filozofię utopię (po raz kolejny) w złotym bidecie.

Prysznicowe rozmyślania. O blogu. I z najnowszej chwili: O tym, że “się kurzy”.

Prysznicowe… Wstęp.

Zapewne nikt nie wie, że prowadzę podwójne życie. Pierwsze – wiadomo, tzn. kto wie, ten wie, a kto nie wie, ten nic nie wie. A drugie – pod prysznicem…

W przeciągu 20 minut codziennie rano rozmawiam ze znajomymi, i przyjmuję gości, urządzam mieszkanie, przebudowuję półki, kładę płytki na ścianach, i przeprojektowuję kuchnię. Surfuję po internecie, spotykam różnych ludzi, wysyłam maile i pracuję. Gotuję obiad i sprzątam. Prowadzę ożywione dyskusje na tematy filozofii religii, etyki, lub wychowania psa. Cieszę się i śmieję ale też smucę i płaczę.

I piszę o tym pięć nowych postów na blogu. A potem wychodzę z łazienki, dzwoni telefon, płytki klinkierowe do mnie jadą, potem drugi, czy fuga też ma jechać?, trzeci, od mamy, co słychać?. I już. Powrót do rzeczywistości. O czym to ja…? Robię kawę i siadam przed komputerem. I nic się nie dzieje. No to lecę sprawdzić, czy te płytki przyjechały, oddzwaniam, że fuga też ma jechać – beżowa, dzwonię do mamy, co słychać? A mój post o super-fajnej książce dla dzieci spływa właśnie razem z mydłem do Bobru…

O blogu.

No to dzisiaj kwintesencja tychże porannych prysznicowych rozmyślań.

Okazuje się, Gebels wielkim filozofem jest. Bo, cytuję “Co po mi  blog?” . Więc blog był po to, żeby Siostra na emigracji mogła być w miarę na bieżąco, i żeby jej troszkę mniej smutno tam na obczyźnie było, bo telefony do Francji drogie a łącza ponoć słabe. Ale niebawem Siostra wraca a i smutno nie jest jej ani trochę, gdyż życie towarzyskie jej na to nie pozwala. No to co po mi blog… Który z resztą właściwie nie różni się od “Naszej klasy”. O, przepraszam, na “Naszej klasie” miałabym może ze 300 “znajomych” a na blogu mam w porywach 4! Co po mi blog, który niby jest mój osobisty, ale ma ze mną tyle wspólnego, co Revela z pudlem? Blog, w którym sama na siebie nakładam mniej lub bardziej świadomie cenzurę, bo nie wszyscy chcą przeczytać, że dziś nie mam humoru i jest źle, a po to się przecież pisze, żeby ktoś czytał, tak? Równie dobrze mogłabym tu same bajki tworzyć. Ach i żeby nie było, nie bierzcie tego do siebie. Jak ktoś ma coś do powiedzenia to pisze. Jak ktoś ma coś do pokazania to wrzuca zdjęcia. Ja nawet nie ubieram różowych rajstop do żółtej sukienki (ba, ja w ogóle nie noszę tych części garderoby), żebym się mogła tym publicznie pochwalić…

Zakończenie. Nagłe. Za to prawdziwe.

…i niniejszym kończę ten wywód, bo pani przyszła sąsiadka właśnie mnie rozłożyła na łopatki twierdząc, że ekipa remontowa notorycznie zaśmieca i brudzi klatkę schodową. Hm, kupię im kapcie może, i kalosze. Jak będą musieli wynieść śmieci, to przy wejściu do budynku przebiorą kaloszki, a jak będą wchodzili do mieszkania, wskoczą w babmosze, i może jeszcze przez jakąś śluzę powietrzną powinni przechodzić… no przecież chryste-panie-na-gumowym-bananie. Muszę podpytać sąsiadów jak to możliwe, że ich ekipy robiły remont i nie brudziły, ciekawe… Ale, że sąsiad wyciął za budynkiem pół lasu to im nie przeszkadza, bo trawka równo rosła będzie i słoneczko przez gałązki lepiej będzie świeciło, a jak zrobią obwodniczkę Jelonki, to i każdą ciężaróweczkę z okna zobaczą, a może i nawet smrodek do nich doleci. Wtedy będą pikietować o ekrany dźwiękochłonne, albo żeby chociaż ciężarówki w kwiatki były, a do rur wydechowych może by jakąś perfumę wlać.

Podsumowanie.

Uprzedzając wszelkie komentarze: No właśnie.