Norwegia…
… jest jak widokówka, piękna i nic poza tym. W góry iść się nie da, bo stromo i skaliście, nad morze też nie, bo “private” i owce się na plaży pasą, a jak nie “private” to skaliście i stromo, a woda ciemna i zimna i stworzeń dziwacznych pełna. Norwegia zrobiła na mnie bardzo przygnębiające wrażenie; ogromniaste skały do 600 metrów pionowo w górę tuż nad moją głową, puste zimne fiordy i echo, smutne pojedyńcze chatki tam, gdzie teren choć trochę się wypłaszcza, no i co najgorsze: najtańsze piwo za 12 PeeLeNów, pizza dla dwóch osób i jedna coca-cola na spółę – 100 PLN.
Z tego wszystkiego zdjęcia też nie powalają.
Tu było naprawdę ładnie:

Prom do Stavanger:



“Najpierw ją zwiążemy, a potem wrzucimy do fiordu…”


Stavanger. Queen Mary 2 pobiła wszystkie inne atrakcje Norwegii i o mało nie przyprawiła mnie o zawał serca.




Podczas wycieczki łódką po fiordzie:


Widok przy porannej kawie:

Pięknie, pięknie, ale ja z fury d… nie ruszam.

Byliśmy też na Preikestolen, tzn. ja prawie byłam :-) . Marsz pod górę zniechęcił mnie skutecznie do wyciągania aparatu, za to Sis zrobiła zjawiskowe zdjęcia. Widoki zapierające dech i nie tylko; nogi tak mi się zaparły, że na samą półkę nie weszłam, siedziałam za załomem skalnym i przeklinałam się w myślach, że pozwoliłam tam iść Siostrze! Męża można mieć drugiego, ale Siostrę ma się jedną ;-) (nawet jak się ma więcej).
Norwegia – kraj troli, fiordów, dzikich wikingów i drogiego alkoholu - to nie jest to, co lubię najbardziej.