Barcelona i Woody Allen
Sis wróciła z Barcelony.
Barcelonę spalił dla mnie Woody Allen filmem “Vicky, Christina, Barcelona”, który jak większość, a nawet ośmielę się zaryzykować stwierdzenie: WSZYSTKIE z jego filmów jest filmem o zupełnie niczym. Mało brakowało a znienawidziłabym również Scarlett Johansson (za to, że w tym gra, ba i podobno jest muzą W.), ale całe szczęście broni się rolą w “Lost in Translation”. Penélope Cruz nie lubię niezależnie od tego, w czym gra.
Na czym polega geniusz W.A. to nie rozumiem i rozumieć już nie chcę. Filmy pod każdym względem są nieciekawe, a poczucie humoru po prostu irytujące i prostackie. A jeśli ktoś mi powie, że takie właśnie jest życie, to ja się pytam, po co kręcić takie filmy, skoro mam to LIVE na codzień?? Podchodziłam do filmów W. razy kilka; żaden do mnie nie przemówił, a seans z filmem “Everything You Always Wanted to Know About Sex” po prostu przerwałam, stwierdzając, że o wiele ciekawsze i bardziej pożyteczne będzie prasowanie, w trakcie którego postanowiłam nie tracić już nigdy więcej czasu na filmy W. NEVER EVER.
Jak ktoś jest innego zdania, to chętnie go wysłucham, choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak to się stało, że Woody Allen wielkim artystą jest.
Wracając do Barcelony. Nie zaprzeczam istnieniu wszystkich architekotonicznych cudów tego miasta. Ale wolę moje małe miasteczko na wyspie. Nikt tam filmów nie kręci (nie ma obawy, że spotkam Woody’ego ;-) ), zdjeć do magazynów mody nie robi i nie ma uduchowionych artystów (których z racji wykształcenia szczerze nie znoszę). Szpan robią tylko Polacy w białych rękawiczkach, a największy szum emerytowani Niemcy. I to tam chcę pojechać. Najlepiej zaraz.











