Zakochać się na wiosnę…
No i nadchodzi najgorsza ze wszystkich pora roku – wiosna. Na ulicach i chodnikach leżą połacie brudnego czarnego i zamarzniętego śniegu, takiego, na którym można wywinąć orła, lub ewentualnie, jeśli akurat trafimy na odmianę mokrą (czego oczywiście spod warstwy brudu wywnioskować nie można) zapaść się i ufajdać po kolana. Ani pierwsza ani druga opcja do spacerów nie zachęcają, a jeśli ktoś wybierze samochód jako sposób przemieszczania się – nie jest dużo lepiej, bo dziury w asfalcie takie, że gdyby fiat 126p wpadł to przez tydzień by go nie znaleźli. Temperatura skacze z małych minusów w nocy i nad ranem do plus 11 w słońcu, czyli jak byś się człowieku nie ubrał to albo zmarzniesz, albo się zapocisz. Przez tą zdradziecką jak mężczyzna pogodę rozchorowałam się na cały tydzień i jeszcze trochę bówię brzez nos. Ale jednak, jak to na wiosnę bywa, pomimo tych niepewnych jak facet okoliczności przyrody, i niepowtarzalnych, zakochałam się…
Nie, nie w moim nowym Mac Booku, który, jak narazie, jest śliczny i nic poza tym. Ani w Samsungu, który nie dość że pierze, to jeszcze szuszy moje ubrania (pralko-suszarka to dla mnie urządzenie tak niepojęte jak pompa ciepła. Nie umiem wytłumaczyć jego działania inaczej niż istnieniem krasnoludków, które siedzą w środku i dmuchają na moje pranie;) ).
Zakochałam się w fotelu!

Piękny…
Panton Chair by Verner Panton i Barcelona by Ludwig Mies van der Rohe przy tym to zwykłe szaraczki.






