Archive for April, 2010

Okraj – Śnieżka – Okraj

Jak w temacie. Niedzielna wycieczka. Na kacu. Polska pogrążona w żałobie. To nie było łatwe…

Najpierw szliśmy przez czeski las (szlak niebieski na Czoło na moje szczęście był zamknięty) i walczyliśmy z bólem główki. Gdyby nie kulka mokrego śniegu zawróciłabym już na tym etapie i poczekała na Michała w Toyocie. Potem przedzieraliśmy się przez jakieś chaszcze po śniegu i błocie. Pierwszy kryzys: Wejście na Czarną Kopę.  Śniegowa kulka znowu uratowała mi życie. Z góry podziwialiśmy między innymi perełkę Karpacza, czyli Hotel Gołębiewski. Brrr, coś okropnego. Btw. Nie wiem, kto zaprojektował takie paskudztwo w stylu nibyzakopiańskim plus dachy w stylu chińsko-japońskim, plus balkoniki w stylu cygańskich dworków z centralnej Polski. A kto zatwierdził projekt??? Zrobiło mi się słabo, ale droga Czarnym Grzbietem była łatwa i przyjemna, więc odetchnęłam, jak tylko Gołębiewski zniknął mi z oczu…

golebiewski

Najgorsze miało dopiero nadejść…

Michał poprawił osprzęt…

I ruszyliśmy.

Trochę wiało, trzymaliśmy się wszystkiego, czego można było się złapać.

Ja trzymałam się kaptura.

Co było potem? Podejście na Śnieżkę. Gdy resztkami sił dotarłam do miejsca, gdzie Droga Jubileuszowa (przy tej nazwie na mapie w nawiasie stoi jak byk: “Letnia”) na Śnieżkę spotyka się ze szlakiem czerwonym, okazało się, że przejścia w zimie nie ma. A jaka byłam zdziwiona! Poszliśmy prosto przed siebie, na przełaj. Pod górkę. Sprawdziłam na mapie: odległość: 325 m, różnica poziomów: 102 m, (krótko mówiąc: pionowo pod górkę), czas przejścia: nieskończoność. Zdjęć z tego etapu wycieczki nie ma. Ja i tak widziałam tylko zimną butelkę Coca-Coli, i tylko dzięki tej wizji osiągnęliśmy cel. Ugasiłam pragnienie, a Michał podsuszył skarpetki i ruszyliśmy w drogę powrotną, bo na Śnieżkę zaczęli schodzić się tłumnie ludzie, którzy akurat nie pojechali do Krakowa, a nie mogli spędzić niedzieli w hipermarkecie.

A powrót to była bułka z masłem: po śniegu po prostu zjechaliśmy na butach.

A teraz niespodzianka: Wycieczka nie zakończyła się na Statoil, byłam tak zmęczona, że nie pamiętam co było po powrocie do domu…

Zaczynamy odliczanie

Sis Made This

start

Inspektor budowlany:
rev

Sąsiad, dobrze, że wyjechałeś!

TU i tu, i tam

Codziennie 20 tysięcy dzieci na świecie umiera z głodu… Tylko nie dzieje się to tak spektakularnie jak wczoraj. Nie ma BUM i ognia. Nie ma telewizji. Nie słychać fleszy aparatów. Nie ma kwiatów i tysięcy zniczy. Do władz afrykańskich państw cierpiących głód nie spływają kondolencje przedstawicieli rządów z całego świata “wstrząśniętych tragedią”. Nikt nie ogłasza żałoby narodowej. I oprócz matek (jeśli nie umarły jeszcze na tężec, Aids, lub z głodu), nikt nie płacze…

Podobno wszyscy jesteśmy równi. Podobno każde życie ludzkie warte jest tyle samo. W świetle wczorajszych wydarzeń utwierdzam się w przekonaniu, że to zwykły truizm. Powiem więcej: dobrze wiem, że tak nie jest i zastanawiam się kto wymyślił taką bzdurę i przede wszystkim po co. Bo jeśli o mnie chodzi, cały TU nie miał takiej wartości jak TO JEDNO ŻYCIE.

Wielkanoc 2010 i wiele innych dawno dawno temu…

Zacznę od tego, że nienawidzę świąt. Tradycja świąteczna w rodzinnym domu wyglądała tak: mycie okien, jazda na odkurzaczu, potem na mopie, szał z krojeniem warzyw na sałatki i pieczeniem ciast, i zależnie od rodzaju świąt: ubieranie choinki, lub farbowanie i malowanie jajek. Wszystko w bardzo nerwowej atmosferze, bo sernik nie wyrósł, światełka na choinkę, jak co roku nie działają, jajka jeszcze nie poświęcone, mąż jeszcze nie pod krawatem, a córka postanawia wystąpić w bluzie z kapturem (oczywiście bunt stłumiony w zarodku). A co najlepsze, co robi moja młodsza siostra (tak, tak, Sis)? Siedzi przed telewizorem i ogląda bajki, ale tylko ja się pytam “czemu?”. Właściwie nie pytam, tylko patrzę z zazdrością. Bo w MTV akurat leci Nirvana Unplugged. Pogańska telewizja, w święta takich obdartusów pokazywać… Potem wybija godzina X i wszyscy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stają się dla siebie mdląco mili i kochają się i kochają Pana Boga za to żarcie, którym możemy się obeżreć do bólu brzucha (całe szczęście jest espumisan, więc możemy śmiało łyknąć procha, pierdnąć i żreć dalej, w myśl indiańskiej mądrości “lepiej zwrócić, niż wyrzucić”*), a to wszystko, by należycie uczcić Zmartwychwstanie Pana. Można się jeszcze nawalić, wtedy świętowanie ma większą moc. A jak już rozmowa przy stole przestaje się kleić, to zawsze można się przesiąść przed TV, w której same rarytasy: Quo Vadis, Krzyżacy, Beethoven, Kevin sam w domu i Chuck Norris. No a potem do kościółka, zobaczyć, czy sąsiadka ma nowe buty i czy mocno od ostatniego razu przytyła, a ksiądz, czy dzisiaj ogolony, a Kowalski, czy napruty…

To było dawno. Całe szczęście nie przejęłam świątecznych obyczajów, a i w domu rodzinnym tradycja jakby trochę złagodniała. Siostra nie ogląda bajek;). Ale przemyślenia świąteczne mam przy każdej okazji. Na przykład:

Jadąc na śniadanie wielkanocne nie zabraliśmy psa. Wiadomo, nie każdy by się na jej widok ucieszył. Ale właściwie dlaczego? Czy pies nie jest też stworzeniem bożym? To w takim razie dlaczego Pan Bóg nie nauczył psa świętować? Albo dlaczego my uważamy, że pies nie ma prawa świętować z nami? Czy Pan Bóg dał nam prawo decydowania, kto będzie jego zmartwychwstanie świętował, a kto nie? A może uważamy się za zdecydowanie lepszy gatunek, który jako jedyny ma przywilej świętowania rocznic naszego boga? A może jest odwrotnie: Jako istoty małej wiary potrzebujemy prymitywnych obrządków, a pies, wystarczy że szczeknie i zamerda i już wielbi swego stwórcę?** Oczywiście pisząc “my” mam na myśli większość świętujących ludzi. Nie siebie, bo ja to prosto do piekła pójdę. Po pierwsze za niewiedzę…:

Mama: Przyjedziecie na śniadanie wielkanocne?
Ja: No pewnie tak, a kiedy jest?
Mama (piorunując mnie wzrokiem): No wiesz, jak można nie wiedzieć, kiedy jest świąteczne śniadanie??
Ja:  A po co mi ta wiedza? Dowiaduję się na bieżąco. Zaraz mi powiesz i będę wiedziała, a potem na rok mogę zapomnieć i nie zaśmiecać sobie głowy.
Mama: Każdy inteligentny człowiek wie, kiedy wypadają święta!
Ja: W testach na inteligencję nie ma pytań o terminy chrześcijańskich świąt.
Mama: Nie pyskuj!

Zaciskam więc zęby i kładę uszy po sobie kiedy słyszę “Chrystus Zmartwychwstał. Prawdziwie Zmartwychwstał”. I skupiam się na parującej białej kiełbasie, doszły mnie słuchy, że w tym roku jest wyjątkowo pyszna.

* Odsyłam do “Rio Anaconda”, W. Cejrowskiego, Księga Dymu
**
Przeczytajcie “Modlitwa żaby” A. De Mello, Modlitwa żaby, a zrozumiecie o co mi chodzi.