Archive for May, 2010

Prysznicowe rozmyślania. O blogu. I z najnowszej chwili: O tym, że “się kurzy”.

Prysznicowe… Wstęp.

Zapewne nikt nie wie, że prowadzę podwójne życie. Pierwsze – wiadomo, tzn. kto wie, ten wie, a kto nie wie, ten nic nie wie. A drugie – pod prysznicem…

W przeciągu 20 minut codziennie rano rozmawiam ze znajomymi, i przyjmuję gości, urządzam mieszkanie, przebudowuję półki, kładę płytki na ścianach, i przeprojektowuję kuchnię. Surfuję po internecie, spotykam różnych ludzi, wysyłam maile i pracuję. Gotuję obiad i sprzątam. Prowadzę ożywione dyskusje na tematy filozofii religii, etyki, lub wychowania psa. Cieszę się i śmieję ale też smucę i płaczę.

I piszę o tym pięć nowych postów na blogu. A potem wychodzę z łazienki, dzwoni telefon, płytki klinkierowe do mnie jadą, potem drugi, czy fuga też ma jechać?, trzeci, od mamy, co słychać?. I już. Powrót do rzeczywistości. O czym to ja…? Robię kawę i siadam przed komputerem. I nic się nie dzieje. No to lecę sprawdzić, czy te płytki przyjechały, oddzwaniam, że fuga też ma jechać – beżowa, dzwonię do mamy, co słychać? A mój post o super-fajnej książce dla dzieci spływa właśnie razem z mydłem do Bobru…

O blogu.

No to dzisiaj kwintesencja tychże porannych prysznicowych rozmyślań.

Okazuje się, Gebels wielkim filozofem jest. Bo, cytuję “Co po mi  blog?” . Więc blog był po to, żeby Siostra na emigracji mogła być w miarę na bieżąco, i żeby jej troszkę mniej smutno tam na obczyźnie było, bo telefony do Francji drogie a łącza ponoć słabe. Ale niebawem Siostra wraca a i smutno nie jest jej ani trochę, gdyż życie towarzyskie jej na to nie pozwala. No to co po mi blog… Który z resztą właściwie nie różni się od “Naszej klasy”. O, przepraszam, na “Naszej klasie” miałabym może ze 300 “znajomych” a na blogu mam w porywach 4! Co po mi blog, który niby jest mój osobisty, ale ma ze mną tyle wspólnego, co Revela z pudlem? Blog, w którym sama na siebie nakładam mniej lub bardziej świadomie cenzurę, bo nie wszyscy chcą przeczytać, że dziś nie mam humoru i jest źle, a po to się przecież pisze, żeby ktoś czytał, tak? Równie dobrze mogłabym tu same bajki tworzyć. Ach i żeby nie było, nie bierzcie tego do siebie. Jak ktoś ma coś do powiedzenia to pisze. Jak ktoś ma coś do pokazania to wrzuca zdjęcia. Ja nawet nie ubieram różowych rajstop do żółtej sukienki (ba, ja w ogóle nie noszę tych części garderoby), żebym się mogła tym publicznie pochwalić…

Zakończenie. Nagłe. Za to prawdziwe.

…i niniejszym kończę ten wywód, bo pani przyszła sąsiadka właśnie mnie rozłożyła na łopatki twierdząc, że ekipa remontowa notorycznie zaśmieca i brudzi klatkę schodową. Hm, kupię im kapcie może, i kalosze. Jak będą musieli wynieść śmieci, to przy wejściu do budynku przebiorą kaloszki, a jak będą wchodzili do mieszkania, wskoczą w babmosze, i może jeszcze przez jakąś śluzę powietrzną powinni przechodzić… no przecież chryste-panie-na-gumowym-bananie. Muszę podpytać sąsiadów jak to możliwe, że ich ekipy robiły remont i nie brudziły, ciekawe… Ale, że sąsiad wyciął za budynkiem pół lasu to im nie przeszkadza, bo trawka równo rosła będzie i słoneczko przez gałązki lepiej będzie świeciło, a jak zrobią obwodniczkę Jelonki, to i każdą ciężaróweczkę z okna zobaczą, a może i nawet smrodek do nich doleci. Wtedy będą pikietować o ekrany dźwiękochłonne, albo żeby chociaż ciężarówki w kwiatki były, a do rur wydechowych może by jakąś perfumę wlać.

Podsumowanie.

Uprzedzając wszelkie komentarze: No właśnie.

Rogoznica 2010, czyli z wizytą u Josipa (tylko innego)

Imię to samo, nazwisko to samo, tylko numer telefonu inny. Miejsce – prawie to samo. Oczywiście dla mnie “prawie” robi różnicę. Tak więc wylądowaliśmy o jeden dom niżej i o kilka schodków bliżej morza.

Morze bez zmian. Dżinsowy rybak – obecny. Facet z różową komórką – na posterunku. Pani kelnerka w Iliriji – ta sama, sałatka od hobotnicu pycha. U Mini Morisa, jak zawsze niebo w gębie. Tym razem nie kiszało, więc spaliliśmy na słońcu co tylko do spalenia było: ja nochal z wiadomych powodów, Gebels wypalił sobie gustowne kwadraty na stopach, a Michał – kilka paczek papierosów. To wszystko plus Ożujsko w liczbie bardzo mnogiej równa się Polacy na wakacjach.

Przez pomyłkę z apartamentem nie miałam weny na robienie zdjęć, z resztą, Gebe zrobił takie, że równe dobrze mogłam wyrzucić swój aparat do morza. Na sam koniec pochorowałam się z łakomstwa i cały dzień musiałam słuchać rosyjskich szant, bo akurat w okolicy były jakieś regaty i do nabrzeża zawinęły żaglówki i katamarany pod banderami różnych państw. Ale słychać było tylko Ruskich. Ostatecznie z niemałą ulgą wsiadłam do Mazdy i wróciłam do Jeleniej Góry bez Ruskich i bez okna w łazience (hura), za to z Revelą i remontem. Dobrej kuchni troszkę mi będzie brakować, ale wtedy pojadę do Pasji i może troszkę zapomnę o sałatce z ośmiornicy, świeżej oradzie z blitwą i tagiatelle z krewetkami. Z resztą, Gebe obiecał naleśniki ze szpinakiem i pierogi z farszem z łososia ;)









Rejs po morzu. Jak “Diving buth without diving”. Wprawdzie Peter i jego bardzo miła dziewczyna z Diving Center Pongo zachęcali mnie gorąco do nurkowania (Gebe i Michał też, ale to już wynikało z czystej złośliwości), ale nie dałam się przekonać do pełnego zanurzenia w 16 stopniowej wodzie, nawet w piance z docieplaczem, brrr…




Wycieczka do Parku Narodowego KRKA. Nie cierpię wycieczek, tym bardziej, że po parku łaziło mnóstwo polskich buraków starych i młodych. Ale muszę przyznać, że na zdjęciach Gebelsa te kilka bajor (pełnych dzikich jak ostatni indianie ryb) i wodospadów wygląda imponująco. Mnie i tak najbardziej podobała się żaba.





Plażowanie… na skałach oczywiście (i pod czujnym okiem bestii):







A teraz Photo Of The Year, czyli “Sąsiad na wakacjach”. I żeby nie było: po trzecim Ożujsko dostałam od modela zgodę na publikację: