Archive for June, 2010

Śnieżne Kotły “od dołu”

Mordercza 5-cio godzinna i mało lanserska trasa. Mało lanserska, bo chyba niezbyt popularna więc i pokazać swojego nowiutkiego full-wypas outfitu i okularów z filtrem polaryzacyjnym, oraz najnowszego modelu Nikona z lufą jak teleskop Hubble’a nie ma komu. Na dodatek szlak wiedzie przez las, a jak nie przez las to po kamieniach, albo jedno i drugie jednocześnie. Całe szczęście w połowie drogi jest mało przytulnie położone schronisko, które miało jednak dwie zalety: panią zza baru (jednak zdarza się, że w schroniskach pracują mili ludzie) i oczywiście piwo. Niestety każde schronisko górskie ma też jedna zasadniczą wadę, a mianowicie taką, że nikomu nie odmawia się wstępu, w tym również głupim pipom. Takowa właśnie swoim gadaniem zepsuła mi radość z degustacji drugiego piwa w drodze powrotnej. A co może być gorszego, ja się pytam, od zepsucia komuś fazy podczas picia piwa??






W Karkonoskim Parku Narodowym spotkaliśmy Pingwina Szarego Karkonoskiego, oraz kilka odmian Wilków Karkonoskich w tym jednego Wilka Karkonoskiego Białego, a także Królika Górskiego Szablozębnego (ale tego ostatniego tylko ja widziałam i to po jednym browarze), a Śnieżne Kotły zdecydowanie wolę oglądać z góry.

Welcome to the Real World

Wzorem radnych z Włocławka, dołączając do akcji zapobiegania wykluczeniu cyfrowemu (tak, tak, nieistnienie w sieci ma już swoją oficjalną nazwę, jak usłyszałam w najbardziej opiniotwórczym polskim radiu “Trójka”), kilka dni temu debiutowałam na fejsbuku. Efekt? Śmieci wyłażą z kosza, w lodówce światło, koty radośnie biegają po podłodze, burczy mi w brzuchu, a Rev patrzy na mnie z wyrzutem. Co tam. Niech żyje lans.

bez tytułu

Z okazji premiery CodeTwo na facebook.com, przy okazji której swoją premierę miało jeszcze kilka innych fikcyjnych kont, zajrzałam tam i ja. Zajrzałam i spadłam z krzesła ze zdziwienia.

Ja tu sobie żyję w błogiej nieświadomości, dzieląc czas pomiędzy spacery z psem, wybieranie farb szarszych od szarości, ale niezbyt szarych, cmentarz, picie piwa i palenie fajek, nieświadomości, że w sieci toczy się REAL LIFE. Poczułam, że coś mnie omija, ale analizując pod prysznicem moje poczucie nieistnienia, doszłam do wniosku, że przegapiłam coś dużo, dużo wcześniej.

Nie wiem kiedy w człowieku rozwija się potrzeba autopromocji, ale u mnie ten proces był chyba mocno zaburzony. I tak, pomijając wiek przedszkolny, szkolny i czasy liceum (choć już wtedy pamiętam u mnie potrzebę antylansu)  na studiach wytrwale dążyłam do obalenia stereotypu studenta ASP i ASP jako elitarnej uczelni. A mogło być inaczej…

Mogłam utrzymywać, jak zdecydowana większość studentów, że zajęcia ciężkie i trudne, wykładowcy wymagający, geometria wykreślna nie do okiełznania, historia sztuki nie do wkucia, każdy dzień na uczelni, to dzień ciężkiej fizycznej pracy (a cały dzień stania przy sztaludze?, a cały dzień przy szlifierce?) i wytężonego wysiłku umysłowego. Mogłam nie mówić głośno, że te studia to była czysta przyjemność (a zwłaszcza geometria wykreślna), a większość projektów i prac powstawało 2 tygodnie przed sesją, że na zajęcia chodziło się głównie w celach towarzysko-rozrywkowych, bo wykładowcy fajni i luźni i nie głupi, to i posłuchać było miło. Mogłam nie przyznawać się, że obraz, który zdobył uznanie profesora, jako przemyślany, dobrze zaplanowany, z wypracowanym ujęciem światła i cienia oraz harmonijnym ujęciem palety barw, powstał w wyniku frustracji i znudzenia, a głównie z braku czasu (bo sesja już jutro, a ja cały tydzień piłam na juwenaliach). Moje studia zyskałyby na wartości, ale mi jakoś nie podobały się achy i ochy rodziny oraz osób niewtajemniczonych, że Dorotka na ASP studiuje, jakbym z samego faktu studiowania na ASP, zasługiwała na szacun większy niż kuzynka, która skończyła handlówkę bez matury. Ale może wtedy nie musiałabym pracować na piratach programów przez lat kilka, podczas gdy absolwenci innych uczelni artystycznych, bardziej elitarnych niż spalone przeze mnie samą Wrocławskie ASP, bo zagranicznych, zaopatrywani są w cały pakiet programów, bez wzmianki, że może by tak tylko Photoshopa kupić, a do grafiki wektorowej to świetnie się 5 razy tańszy Corel nadaje.

W ten właśnie zgodny z moimi przekonaniami i filozofią życia sposób strzeliłam sobie w stopę.

Wracając do akapitu pierwszego. Spadłam z krzesła ze zdziwienia, bo wszystkich, którzy zgodnie z podobnymi do moich przekonaniami (widocznie tylko mi się zdawało, że mamy podobne przekonania), grubym kożuchem odcięli się od najpopularniejszego polskiego portalu społecznościowego, znalazłam na facebooku. Więc jednak lans, lans i jeszcze raz lans. Cóż, w dzisiejszym świecie seksu i biznesu należy się promować wszystkimi możliwymi kanałami, bo jak cię Google nie zindeksuje to cię nie ma!

Jak tylko zrobię zdjęcie złotego kibla, zakładam konto na fecebooku, a moje przekonania i filozofię utopię (po raz kolejny) w złotym bidecie.