Archive for the ‘Co dodzie w głowie siedzi’ Category

Prysznicowe rozmyślania. O blogu. I z najnowszej chwili: O tym, że “się kurzy”.

Prysznicowe… Wstęp.

Zapewne nikt nie wie, że prowadzę podwójne życie. Pierwsze – wiadomo, tzn. kto wie, ten wie, a kto nie wie, ten nic nie wie. A drugie – pod prysznicem…

W przeciągu 20 minut codziennie rano rozmawiam ze znajomymi, i przyjmuję gości, urządzam mieszkanie, przebudowuję półki, kładę płytki na ścianach, i przeprojektowuję kuchnię. Surfuję po internecie, spotykam różnych ludzi, wysyłam maile i pracuję. Gotuję obiad i sprzątam. Prowadzę ożywione dyskusje na tematy filozofii religii, etyki, lub wychowania psa. Cieszę się i śmieję ale też smucę i płaczę.

I piszę o tym pięć nowych postów na blogu. A potem wychodzę z łazienki, dzwoni telefon, płytki klinkierowe do mnie jadą, potem drugi, czy fuga też ma jechać?, trzeci, od mamy, co słychać?. I już. Powrót do rzeczywistości. O czym to ja…? Robię kawę i siadam przed komputerem. I nic się nie dzieje. No to lecę sprawdzić, czy te płytki przyjechały, oddzwaniam, że fuga też ma jechać – beżowa, dzwonię do mamy, co słychać? A mój post o super-fajnej książce dla dzieci spływa właśnie razem z mydłem do Bobru…

O blogu.

No to dzisiaj kwintesencja tychże porannych prysznicowych rozmyślań.

Okazuje się, Gebels wielkim filozofem jest. Bo, cytuję “Co po mi  blog?” . Więc blog był po to, żeby Siostra na emigracji mogła być w miarę na bieżąco, i żeby jej troszkę mniej smutno tam na obczyźnie było, bo telefony do Francji drogie a łącza ponoć słabe. Ale niebawem Siostra wraca a i smutno nie jest jej ani trochę, gdyż życie towarzyskie jej na to nie pozwala. No to co po mi blog… Który z resztą właściwie nie różni się od “Naszej klasy”. O, przepraszam, na “Naszej klasie” miałabym może ze 300 “znajomych” a na blogu mam w porywach 4! Co po mi blog, który niby jest mój osobisty, ale ma ze mną tyle wspólnego, co Revela z pudlem? Blog, w którym sama na siebie nakładam mniej lub bardziej świadomie cenzurę, bo nie wszyscy chcą przeczytać, że dziś nie mam humoru i jest źle, a po to się przecież pisze, żeby ktoś czytał, tak? Równie dobrze mogłabym tu same bajki tworzyć. Ach i żeby nie było, nie bierzcie tego do siebie. Jak ktoś ma coś do powiedzenia to pisze. Jak ktoś ma coś do pokazania to wrzuca zdjęcia. Ja nawet nie ubieram różowych rajstop do żółtej sukienki (ba, ja w ogóle nie noszę tych części garderoby), żebym się mogła tym publicznie pochwalić…

Zakończenie. Nagłe. Za to prawdziwe.

…i niniejszym kończę ten wywód, bo pani przyszła sąsiadka właśnie mnie rozłożyła na łopatki twierdząc, że ekipa remontowa notorycznie zaśmieca i brudzi klatkę schodową. Hm, kupię im kapcie może, i kalosze. Jak będą musieli wynieść śmieci, to przy wejściu do budynku przebiorą kaloszki, a jak będą wchodzili do mieszkania, wskoczą w babmosze, i może jeszcze przez jakąś śluzę powietrzną powinni przechodzić… no przecież chryste-panie-na-gumowym-bananie. Muszę podpytać sąsiadów jak to możliwe, że ich ekipy robiły remont i nie brudziły, ciekawe… Ale, że sąsiad wyciął za budynkiem pół lasu to im nie przeszkadza, bo trawka równo rosła będzie i słoneczko przez gałązki lepiej będzie świeciło, a jak zrobią obwodniczkę Jelonki, to i każdą ciężaróweczkę z okna zobaczą, a może i nawet smrodek do nich doleci. Wtedy będą pikietować o ekrany dźwiękochłonne, albo żeby chociaż ciężarówki w kwiatki były, a do rur wydechowych może by jakąś perfumę wlać.

Podsumowanie.

Uprzedzając wszelkie komentarze: No właśnie.

TU i tu, i tam

Codziennie 20 tysięcy dzieci na świecie umiera z głodu… Tylko nie dzieje się to tak spektakularnie jak wczoraj. Nie ma BUM i ognia. Nie ma telewizji. Nie słychać fleszy aparatów. Nie ma kwiatów i tysięcy zniczy. Do władz afrykańskich państw cierpiących głód nie spływają kondolencje przedstawicieli rządów z całego świata “wstrząśniętych tragedią”. Nikt nie ogłasza żałoby narodowej. I oprócz matek (jeśli nie umarły jeszcze na tężec, Aids, lub z głodu), nikt nie płacze…

Podobno wszyscy jesteśmy równi. Podobno każde życie ludzkie warte jest tyle samo. W świetle wczorajszych wydarzeń utwierdzam się w przekonaniu, że to zwykły truizm. Powiem więcej: dobrze wiem, że tak nie jest i zastanawiam się kto wymyślił taką bzdurę i przede wszystkim po co. Bo jeśli o mnie chodzi, cały TU nie miał takiej wartości jak TO JEDNO ŻYCIE.

Wielkanoc 2010 i wiele innych dawno dawno temu…

Zacznę od tego, że nienawidzę świąt. Tradycja świąteczna w rodzinnym domu wyglądała tak: mycie okien, jazda na odkurzaczu, potem na mopie, szał z krojeniem warzyw na sałatki i pieczeniem ciast, i zależnie od rodzaju świąt: ubieranie choinki, lub farbowanie i malowanie jajek. Wszystko w bardzo nerwowej atmosferze, bo sernik nie wyrósł, światełka na choinkę, jak co roku nie działają, jajka jeszcze nie poświęcone, mąż jeszcze nie pod krawatem, a córka postanawia wystąpić w bluzie z kapturem (oczywiście bunt stłumiony w zarodku). A co najlepsze, co robi moja młodsza siostra (tak, tak, Sis)? Siedzi przed telewizorem i ogląda bajki, ale tylko ja się pytam “czemu?”. Właściwie nie pytam, tylko patrzę z zazdrością. Bo w MTV akurat leci Nirvana Unplugged. Pogańska telewizja, w święta takich obdartusów pokazywać… Potem wybija godzina X i wszyscy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stają się dla siebie mdląco mili i kochają się i kochają Pana Boga za to żarcie, którym możemy się obeżreć do bólu brzucha (całe szczęście jest espumisan, więc możemy śmiało łyknąć procha, pierdnąć i żreć dalej, w myśl indiańskiej mądrości “lepiej zwrócić, niż wyrzucić”*), a to wszystko, by należycie uczcić Zmartwychwstanie Pana. Można się jeszcze nawalić, wtedy świętowanie ma większą moc. A jak już rozmowa przy stole przestaje się kleić, to zawsze można się przesiąść przed TV, w której same rarytasy: Quo Vadis, Krzyżacy, Beethoven, Kevin sam w domu i Chuck Norris. No a potem do kościółka, zobaczyć, czy sąsiadka ma nowe buty i czy mocno od ostatniego razu przytyła, a ksiądz, czy dzisiaj ogolony, a Kowalski, czy napruty…

To było dawno. Całe szczęście nie przejęłam świątecznych obyczajów, a i w domu rodzinnym tradycja jakby trochę złagodniała. Siostra nie ogląda bajek;). Ale przemyślenia świąteczne mam przy każdej okazji. Na przykład:

Jadąc na śniadanie wielkanocne nie zabraliśmy psa. Wiadomo, nie każdy by się na jej widok ucieszył. Ale właściwie dlaczego? Czy pies nie jest też stworzeniem bożym? To w takim razie dlaczego Pan Bóg nie nauczył psa świętować? Albo dlaczego my uważamy, że pies nie ma prawa świętować z nami? Czy Pan Bóg dał nam prawo decydowania, kto będzie jego zmartwychwstanie świętował, a kto nie? A może uważamy się za zdecydowanie lepszy gatunek, który jako jedyny ma przywilej świętowania rocznic naszego boga? A może jest odwrotnie: Jako istoty małej wiary potrzebujemy prymitywnych obrządków, a pies, wystarczy że szczeknie i zamerda i już wielbi swego stwórcę?** Oczywiście pisząc “my” mam na myśli większość świętujących ludzi. Nie siebie, bo ja to prosto do piekła pójdę. Po pierwsze za niewiedzę…:

Mama: Przyjedziecie na śniadanie wielkanocne?
Ja: No pewnie tak, a kiedy jest?
Mama (piorunując mnie wzrokiem): No wiesz, jak można nie wiedzieć, kiedy jest świąteczne śniadanie??
Ja:  A po co mi ta wiedza? Dowiaduję się na bieżąco. Zaraz mi powiesz i będę wiedziała, a potem na rok mogę zapomnieć i nie zaśmiecać sobie głowy.
Mama: Każdy inteligentny człowiek wie, kiedy wypadają święta!
Ja: W testach na inteligencję nie ma pytań o terminy chrześcijańskich świąt.
Mama: Nie pyskuj!

Zaciskam więc zęby i kładę uszy po sobie kiedy słyszę “Chrystus Zmartwychwstał. Prawdziwie Zmartwychwstał”. I skupiam się na parującej białej kiełbasie, doszły mnie słuchy, że w tym roku jest wyjątkowo pyszna.

* Odsyłam do “Rio Anaconda”, W. Cejrowskiego, Księga Dymu
**
Przeczytajcie “Modlitwa żaby” A. De Mello, Modlitwa żaby, a zrozumiecie o co mi chodzi.

Być jak bulterier :)

Zastanawialiście się co kupić Reveli pod choinkę?

Był sobie…

Był sobie klon,
bezlistny klon,
bo wiatr mu porwał listki,
a dookoła stado wron
i wszystkie pesymistki.

Krakały mu ze wszystkich stron,
że zaraz przyjdą drwale,
bo na co komu taki klon,
co liści nie ma wcale.

–W. Chotomska–