bez tytułu

Z okazji premiery CodeTwo na facebook.com, przy okazji której swoją premierę miało jeszcze kilka innych fikcyjnych kont, zajrzałam tam i ja. Zajrzałam i spadłam z krzesła ze zdziwienia.

Ja tu sobie żyję w błogiej nieświadomości, dzieląc czas pomiędzy spacery z psem, wybieranie farb szarszych od szarości, ale niezbyt szarych, cmentarz, picie piwa i palenie fajek, nieświadomości, że w sieci toczy się REAL LIFE. Poczułam, że coś mnie omija, ale analizując pod prysznicem moje poczucie nieistnienia, doszłam do wniosku, że przegapiłam coś dużo, dużo wcześniej.

Nie wiem kiedy w człowieku rozwija się potrzeba autopromocji, ale u mnie ten proces był chyba mocno zaburzony. I tak, pomijając wiek przedszkolny, szkolny i czasy liceum (choć już wtedy pamiętam u mnie potrzebę antylansu)  na studiach wytrwale dążyłam do obalenia stereotypu studenta ASP i ASP jako elitarnej uczelni. A mogło być inaczej…

Mogłam utrzymywać, jak zdecydowana większość studentów, że zajęcia ciężkie i trudne, wykładowcy wymagający, geometria wykreślna nie do okiełznania, historia sztuki nie do wkucia, każdy dzień na uczelni, to dzień ciężkiej fizycznej pracy (a cały dzień stania przy sztaludze?, a cały dzień przy szlifierce?) i wytężonego wysiłku umysłowego. Mogłam nie mówić głośno, że te studia to była czysta przyjemność (a zwłaszcza geometria wykreślna), a większość projektów i prac powstawało 2 tygodnie przed sesją, że na zajęcia chodziło się głównie w celach towarzysko-rozrywkowych, bo wykładowcy fajni i luźni i nie głupi, to i posłuchać było miło. Mogłam nie przyznawać się, że obraz, który zdobył uznanie profesora, jako przemyślany, dobrze zaplanowany, z wypracowanym ujęciem światła i cienia oraz harmonijnym ujęciem palety barw, powstał w wyniku frustracji i znudzenia, a głównie z braku czasu (bo sesja już jutro, a ja cały tydzień piłam na juwenaliach). Moje studia zyskałyby na wartości, ale mi jakoś nie podobały się achy i ochy rodziny oraz osób niewtajemniczonych, że Dorotka na ASP studiuje, jakbym z samego faktu studiowania na ASP, zasługiwała na szacun większy niż kuzynka, która skończyła handlówkę bez matury. Ale może wtedy nie musiałabym pracować na piratach programów przez lat kilka, podczas gdy absolwenci innych uczelni artystycznych, bardziej elitarnych niż spalone przeze mnie samą Wrocławskie ASP, bo zagranicznych, zaopatrywani są w cały pakiet programów, bez wzmianki, że może by tak tylko Photoshopa kupić, a do grafiki wektorowej to świetnie się 5 razy tańszy Corel nadaje.

W ten właśnie zgodny z moimi przekonaniami i filozofią życia sposób strzeliłam sobie w stopę.

Wracając do akapitu pierwszego. Spadłam z krzesła ze zdziwienia, bo wszystkich, którzy zgodnie z podobnymi do moich przekonaniami (widocznie tylko mi się zdawało, że mamy podobne przekonania), grubym kożuchem odcięli się od najpopularniejszego polskiego portalu społecznościowego, znalazłam na facebooku. Więc jednak lans, lans i jeszcze raz lans. Cóż, w dzisiejszym świecie seksu i biznesu należy się promować wszystkimi możliwymi kanałami, bo jak cię Google nie zindeksuje to cię nie ma!

Jak tylko zrobię zdjęcie złotego kibla, zakładam konto na fecebooku, a moje przekonania i filozofię utopię (po raz kolejny) w złotym bidecie.

Prysznicowe rozmyślania. O blogu. I z najnowszej chwili: O tym, że “się kurzy”.

Prysznicowe… Wstęp.

Zapewne nikt nie wie, że prowadzę podwójne życie. Pierwsze – wiadomo, tzn. kto wie, ten wie, a kto nie wie, ten nic nie wie. A drugie – pod prysznicem…

W przeciągu 20 minut codziennie rano rozmawiam ze znajomymi, i przyjmuję gości, urządzam mieszkanie, przebudowuję półki, kładę płytki na ścianach, i przeprojektowuję kuchnię. Surfuję po internecie, spotykam różnych ludzi, wysyłam maile i pracuję. Gotuję obiad i sprzątam. Prowadzę ożywione dyskusje na tematy filozofii religii, etyki, lub wychowania psa. Cieszę się i śmieję ale też smucę i płaczę.

I piszę o tym pięć nowych postów na blogu. A potem wychodzę z łazienki, dzwoni telefon, płytki klinkierowe do mnie jadą, potem drugi, czy fuga też ma jechać?, trzeci, od mamy, co słychać?. I już. Powrót do rzeczywistości. O czym to ja…? Robię kawę i siadam przed komputerem. I nic się nie dzieje. No to lecę sprawdzić, czy te płytki przyjechały, oddzwaniam, że fuga też ma jechać – beżowa, dzwonię do mamy, co słychać? A mój post o super-fajnej książce dla dzieci spływa właśnie razem z mydłem do Bobru…

O blogu.

No to dzisiaj kwintesencja tychże porannych prysznicowych rozmyślań.

Okazuje się, Gebels wielkim filozofem jest. Bo, cytuję “Co po mi  blog?” . Więc blog był po to, żeby Siostra na emigracji mogła być w miarę na bieżąco, i żeby jej troszkę mniej smutno tam na obczyźnie było, bo telefony do Francji drogie a łącza ponoć słabe. Ale niebawem Siostra wraca a i smutno nie jest jej ani trochę, gdyż życie towarzyskie jej na to nie pozwala. No to co po mi blog… Który z resztą właściwie nie różni się od “Naszej klasy”. O, przepraszam, na “Naszej klasie” miałabym może ze 300 “znajomych” a na blogu mam w porywach 4! Co po mi blog, który niby jest mój osobisty, ale ma ze mną tyle wspólnego, co Revela z pudlem? Blog, w którym sama na siebie nakładam mniej lub bardziej świadomie cenzurę, bo nie wszyscy chcą przeczytać, że dziś nie mam humoru i jest źle, a po to się przecież pisze, żeby ktoś czytał, tak? Równie dobrze mogłabym tu same bajki tworzyć. Ach i żeby nie było, nie bierzcie tego do siebie. Jak ktoś ma coś do powiedzenia to pisze. Jak ktoś ma coś do pokazania to wrzuca zdjęcia. Ja nawet nie ubieram różowych rajstop do żółtej sukienki (ba, ja w ogóle nie noszę tych części garderoby), żebym się mogła tym publicznie pochwalić…

Zakończenie. Nagłe. Za to prawdziwe.

…i niniejszym kończę ten wywód, bo pani przyszła sąsiadka właśnie mnie rozłożyła na łopatki twierdząc, że ekipa remontowa notorycznie zaśmieca i brudzi klatkę schodową. Hm, kupię im kapcie może, i kalosze. Jak będą musieli wynieść śmieci, to przy wejściu do budynku przebiorą kaloszki, a jak będą wchodzili do mieszkania, wskoczą w babmosze, i może jeszcze przez jakąś śluzę powietrzną powinni przechodzić… no przecież chryste-panie-na-gumowym-bananie. Muszę podpytać sąsiadów jak to możliwe, że ich ekipy robiły remont i nie brudziły, ciekawe… Ale, że sąsiad wyciął za budynkiem pół lasu to im nie przeszkadza, bo trawka równo rosła będzie i słoneczko przez gałązki lepiej będzie świeciło, a jak zrobią obwodniczkę Jelonki, to i każdą ciężaróweczkę z okna zobaczą, a może i nawet smrodek do nich doleci. Wtedy będą pikietować o ekrany dźwiękochłonne, albo żeby chociaż ciężarówki w kwiatki były, a do rur wydechowych może by jakąś perfumę wlać.

Podsumowanie.

Uprzedzając wszelkie komentarze: No właśnie.

Rogoznica 2010, czyli z wizytą u Josipa (tylko innego)

Imię to samo, nazwisko to samo, tylko numer telefonu inny. Miejsce – prawie to samo. Oczywiście dla mnie “prawie” robi różnicę. Tak więc wylądowaliśmy o jeden dom niżej i o kilka schodków bliżej morza.

Morze bez zmian. Dżinsowy rybak – obecny. Facet z różową komórką – na posterunku. Pani kelnerka w Iliriji – ta sama, sałatka od hobotnicu pycha. U Mini Morisa, jak zawsze niebo w gębie. Tym razem nie kiszało, więc spaliliśmy na słońcu co tylko do spalenia było: ja nochal z wiadomych powodów, Gebels wypalił sobie gustowne kwadraty na stopach, a Michał – kilka paczek papierosów. To wszystko plus Ożujsko w liczbie bardzo mnogiej równa się Polacy na wakacjach.

Przez pomyłkę z apartamentem nie miałam weny na robienie zdjęć, z resztą, Gebe zrobił takie, że równe dobrze mogłam wyrzucić swój aparat do morza. Na sam koniec pochorowałam się z łakomstwa i cały dzień musiałam słuchać rosyjskich szant, bo akurat w okolicy były jakieś regaty i do nabrzeża zawinęły żaglówki i katamarany pod banderami różnych państw. Ale słychać było tylko Ruskich. Ostatecznie z niemałą ulgą wsiadłam do Mazdy i wróciłam do Jeleniej Góry bez Ruskich i bez okna w łazience (hura), za to z Revelą i remontem. Dobrej kuchni troszkę mi będzie brakować, ale wtedy pojadę do Pasji i może troszkę zapomnę o sałatce z ośmiornicy, świeżej oradzie z blitwą i tagiatelle z krewetkami. Z resztą, Gebe obiecał naleśniki ze szpinakiem i pierogi z farszem z łososia ;)









Rejs po morzu. Jak “Diving buth without diving”. Wprawdzie Peter i jego bardzo miła dziewczyna z Diving Center Pongo zachęcali mnie gorąco do nurkowania (Gebe i Michał też, ale to już wynikało z czystej złośliwości), ale nie dałam się przekonać do pełnego zanurzenia w 16 stopniowej wodzie, nawet w piance z docieplaczem, brrr…




Wycieczka do Parku Narodowego KRKA. Nie cierpię wycieczek, tym bardziej, że po parku łaziło mnóstwo polskich buraków starych i młodych. Ale muszę przyznać, że na zdjęciach Gebelsa te kilka bajor (pełnych dzikich jak ostatni indianie ryb) i wodospadów wygląda imponująco. Mnie i tak najbardziej podobała się żaba.





Plażowanie… na skałach oczywiście (i pod czujnym okiem bestii):







A teraz Photo Of The Year, czyli “Sąsiad na wakacjach”. I żeby nie było: po trzecim Ożujsko dostałam od modela zgodę na publikację:

Okraj – Śnieżka – Okraj

Jak w temacie. Niedzielna wycieczka. Na kacu. Polska pogrążona w żałobie. To nie było łatwe…

Najpierw szliśmy przez czeski las (szlak niebieski na Czoło na moje szczęście był zamknięty) i walczyliśmy z bólem główki. Gdyby nie kulka mokrego śniegu zawróciłabym już na tym etapie i poczekała na Michała w Toyocie. Potem przedzieraliśmy się przez jakieś chaszcze po śniegu i błocie. Pierwszy kryzys: Wejście na Czarną Kopę.  Śniegowa kulka znowu uratowała mi życie. Z góry podziwialiśmy między innymi perełkę Karpacza, czyli Hotel Gołębiewski. Brrr, coś okropnego. Btw. Nie wiem, kto zaprojektował takie paskudztwo w stylu nibyzakopiańskim plus dachy w stylu chińsko-japońskim, plus balkoniki w stylu cygańskich dworków z centralnej Polski. A kto zatwierdził projekt??? Zrobiło mi się słabo, ale droga Czarnym Grzbietem była łatwa i przyjemna, więc odetchnęłam, jak tylko Gołębiewski zniknął mi z oczu…

golebiewski

Najgorsze miało dopiero nadejść…

Michał poprawił osprzęt…

I ruszyliśmy.

Trochę wiało, trzymaliśmy się wszystkiego, czego można było się złapać.

Ja trzymałam się kaptura.

Co było potem? Podejście na Śnieżkę. Gdy resztkami sił dotarłam do miejsca, gdzie Droga Jubileuszowa (przy tej nazwie na mapie w nawiasie stoi jak byk: “Letnia”) na Śnieżkę spotyka się ze szlakiem czerwonym, okazało się, że przejścia w zimie nie ma. A jaka byłam zdziwiona! Poszliśmy prosto przed siebie, na przełaj. Pod górkę. Sprawdziłam na mapie: odległość: 325 m, różnica poziomów: 102 m, (krótko mówiąc: pionowo pod górkę), czas przejścia: nieskończoność. Zdjęć z tego etapu wycieczki nie ma. Ja i tak widziałam tylko zimną butelkę Coca-Coli, i tylko dzięki tej wizji osiągnęliśmy cel. Ugasiłam pragnienie, a Michał podsuszył skarpetki i ruszyliśmy w drogę powrotną, bo na Śnieżkę zaczęli schodzić się tłumnie ludzie, którzy akurat nie pojechali do Krakowa, a nie mogli spędzić niedzieli w hipermarkecie.

A powrót to była bułka z masłem: po śniegu po prostu zjechaliśmy na butach.

A teraz niespodzianka: Wycieczka nie zakończyła się na Statoil, byłam tak zmęczona, że nie pamiętam co było po powrocie do domu…

Zaczynamy odliczanie

Sis Made This

start

Inspektor budowlany:
rev

Sąsiad, dobrze, że wyjechałeś!